Mieszkam w małym mieszkaniu na trzecim piętrze bez windy. Mam trzydzieści siedem lat i poruszam się na wózku od dwudziestego roku życia, od wypadku na skuterze. Ludzie często myślą, że skoro nie chodzę, to całe dnie spędzam przed telewizorem. A ja mam takie zasady: szukam własnych dróg. Dlatego pewnego wieczoru, z nudów i ciekawości, trafiłem na stronę, która wyglądała zupełnie zwyczajnie. Pomarańczowe przyciski, przewijanie, jakieś promocje. Kliknąłem w baner, potem w drugi i nagle znalazłem się w miejscu, o którym wcześniej słyszałem tylko z opowieści kumpla z podstawówki. Powiedział wtedy: „Stary, codziennie wchodzę na
vada casino
, takie rzeczy tam odjeżdżają”. Nie zwróciłem na to uwagi. Dopiero tamtej nocy, gdy nie mogłem spać, przypomniałem sobie ten adres. I tak się zaczęło.
Na początku byłem wściekły. Serio. Wpłaciłem stówkę, obstawiłem jakieś durne automaty i przegrałem wszystko w dwadzieścia minut. Miałem ochotę walnąć pięścią w monitor. Myślałem: „No tak, frajerzy dają się nabrać, a ja jestem jeszcze większym frajerem”. Następnego dnia jednak coś mnie tknęło. Może to ta cisza w mieszkaniu, może ta cholerna bezsilność, że znów muszę prosić sąsiada o przyniesienie zakupów. Postanowiłem podejść do tego jak do czegoś poważnego. Nie jak do hazardu, tylko jak do... no nie wiem, gry logicznej? Zacząłem czytać regulaminy, sprawdzać, które gry mają najwyższy RTP, oglądałem filmiki na YT, jak ludzie zarządzają budżetem. Zajęło mi to trzy tygodnie.
Wtedy zrozumiałem, że VADA CASINO nie jest świętym Graalem, tylko narzędziem. Jak młotek. Można nim zrobić taboret, a można sobie rozwalić palec. Wybrałem taboret.
Pamiętam ten konkretny wtorek, ranek, może 8:30. Piłem kawę z takiego grubego kubka z napisem „Najlepszy tata”, chociaż dzieci nie mam. Włączyłem komputer, zalogowałem się. Powiedziałem sobie: „Dzisiaj nie szalejemy. Sto złotych, ani złotówki więcej”. Grałem w jakiegoś book of dead, czy coś podobnego. Przez pierwszą godzinę kasa spadała powoli, jak woda z wanny. Byłem już przy trzydziestu złotych. Wtedy włączyłem tryb automatycznych spinów, poszedłem do toalety, wróciłem i zamarłem. Na ekranie świeciło się 1700 złotych. Nie krzyczałem, nie skakałem, bo nie mam jak skakać. Ale serce waliło mi jak młotem. Siedziałem i patrzyłem, jak te cyferki migają. Wypłaciłem od razu, całość. Przelałem na konto. To był moment, w którym uwierzyłem, że może być inaczej.
Nie chcę powiedzieć, że nagle stałem się bogaty. Nie. Ale to była pierwsza rzecz od lat, którą zrobiłem całkowicie sam. Nikt mi nie pomógł. Nie musiałem dzwonić do brata, żeby przyjechał i naprawił coś w komputerze. Sam znalazłem, sam zagrałem, sam wygrałem. To poczucie sprawczości było warte więcej niż te pieniądze. Chociaż pieniądze też były fajne, bo kupiłem sobie nowy, lżejszy wózek.
Z czasem zacząłem traktować to jak pracę na pół etatu. Codziennie rano, od 8 do 10, to był mój czas. Postawiłem sobie granicę: wpłacam dwie dychy, jak spadnie do zera, koniec. Jak urosnie, wypłacam przy zysku 30%. Nie zawsze wychodziło. Były dni, że przegrywałem dwadzieścia razy z rzędu i czułem, jak ta cholerna maszyna mnie wyzywa od idiotów. Wtedy robiłem herbatę, wychodziłem na balkon i patrzyłem na gołębie. I następnego dnia wracałem.
Po pięciu miesiącach uzbierałem kwotę, za którą kupiłem używane auto z przystosowaniem do moich potrzeb. Sam. Bez kredytu. Bez łaski. Gdy pierwszy raz wsiadłem do tego samochodu i wcisnąłem gaz, pomyślałem: „To jest moja zasługa. I VADA CASINO”. Nie czuję wstydu, że to hazard. Dla mnie to było narzędzie, platforma, taka jak giełda czy lombard. Tylko bardziej kolorowa.
Dzisiaj gram rzadziej, raz, dwa razy w tygodniu. Nie muszę już tak bardzo. Ale wchodzę czasem wieczorem, stawiam małe kwoty, bo to takie moje okno na świat pełne fajerwerków. Wszyscy dookoła mówią: hazard zło, hazard ruina. Pewnie, że może być. Może być złem, młotkiem, który rozwala palce. Ale dla mnie to był sposób, żeby wstać z łóżka i pojechać dalej.
Więc jeśli ktoś mnie zapyta, czy polecam, mówię tak: to jak z chodzeniem. Ja nie chodzę, ale znalazłem swój wózek. A VADA CASINO było dla mnie takim wózkiem przez kilka miesięcy. Tylko trzeba pamiętać, kto nim kieruje.